Widziane z loży RKS: Jestem kibicem wielkiej drużyny
Data publikacji: 27-05-2011 Autor: Karol MigoKomentarze: 4
„Pod koniec meczu rozpierała mnie duma, bo na boisku zespół, któremu kibicuję, pokazał charakter, walkę i wolę zwycięstwa” – pisze Artur Bochenek po ostatnim meczu Garbarni z Janiną Libiąż.
Jestem kibicem wielkiej drużyny. Jestem dumny z tego, co zaprezentowali zawodnicy Garbarni w wyjazdowej potyczce z Janiną Libiąż. Po pierwszej połowie, wyraźnie zdominowanej przez gospodarzy, kiedy Brązowym najzwyczajniej w świecie nie szło, a ostatnim akordem tej odsłony była niesamowicie intuicyjna obrona strzału zawodnika gospodarzy przez Adriana Jękota, która pozwoliła Młodym Lwom na głębokie westchnienie ulgi z powodu tylko jednobramkowej straty do pauzy – piłkarze Garbarni podnieśli się z kolan i zadali rywalom trzy celne ciosy.
Kiedy wracałem w sobotę z Jeziorzan po przegranym meczu drugiego zespołu, w którym nasi zawodnicy mieli kilkanaście tzw. „stuprocentowych” sytuacji pod bramką rywali, a mimo to zeszli z boiska pokonani, trener Stanisław Śliwa powiedział, że jeśli ten pech w sobotnim meczu ma się przełożyć na szczęście pierwszej drużyny w Libiążu, to nie będzie robił tragedii z porażki. Proroctwo szkoleniowca wypowiedziane w 15 minut po przegranym spotkaniu znalazło potwierdzenie w rzeczywistości. Ktoś powie, że to przesądy, ale jeśli przyjąć, że piłka nożna jest dyscypliną magiczną – to właśnie w takich kategoriach należy tę magię rozpatrywać. Bo przecież w doliczonym do przerwy czasie gry Adrian Jękot w sobie tylko wiadomy sposób sparował na róg piłkę nieuchronnie zmierzającą do siatki. Gdyby Janina zeszła na przerwę z dwubramkową zaliczką, na pewno w drugiej odsłonie byłoby Brązowym znacznie trudniej o taki finał, jaki miał miejsce w Libiążu. Niefart rezerw na A-klasowym boisku w Jeziorzanach przełożył się na fart w III-ligowym, arcyważnym spotkaniu pierwszej drużyny.
Napisałem w tytule, że jestem kibicem wielkiej drużyny. Duże słowa, zwłaszcza że zapewne każdy bywalec Rydlówki ma gdzieś w pamięci „swoją wielką Garbarnię”. Ten, który pamięta z występów na boisku Jasiówkę, Wełniaka, Browarskiego czy Kucharczyka – tamtą właśnie drużynę wskaże jako wielką. Ten, który wychował się na Garbarni Drausa, Kokoszki, Chmielowskiego, Dybczaka – ten zapewne opowie się po stronie zawodników z tamtego pokolenia. Ja, który pamiętam występy na boisku Kaima, Maślanki, Śmiałka, Czorta, Janika, Błońskiego, Szopy, Włodarza i innych; nieudany pościg za krośnieńskimi Karpatami i dramatyczny baraż z Bałtykiem Gdynia – wskażę właśnie na tamtą ekipę. Bo tamta drużyna miała swój charakter, swój styl. Pokazywała go szczególnie w meczach, w których wyraźnie nie szło, a potrafiła podźwignąć się w momentach wydawałoby się już straconych.
I właśnie w niedzielę podopieczni trenera Szopy udowodnili swoim występem, że mają charakter. Po przegranej na własnym boisku z Orliczem i po pierwszej połowie spotkania w Libiążu, kiedy to najwyraźniej nie szło – Młode Lwy podjęły na stadionie Janiny walkę o pełną pulę. Być może finezją gry i techniką poszczególnych piłkarzy ten zespół ustępuje zawodnikom z dawnych lat, ale zaangażowaniem w grę i walką nawet w obliczu niekorzystnego obrotu sprawy zaskoczył wszystkich, nawet najbardziej krytycznych obserwatorów.
Po niedzielnym spotkaniu jest dla mnie zespół Garbarni bliżej niż dalej osiągnięcia zamierzonego celu. Nie dlatego, że wygrał. Dlatego że uczynił to w arcy-niesprzyjających okolicznościach, podnosząc się po ciosie zadanym krótko po rozpoczęciu zawodów, w obliczu niezbyt przychylnie (delikatnie mówiąc) nastawionej miejscowej publiki i średnio radzącego sobie na boisku arbitra.Dla kogoś, kto zasugeruje ułatwione zadanie Brązowych dzięki dwóm czerwonym kartkom dla gospodarzy – obowiązkowe powinno być sprawdzenie faktografii tych zawodów. Obie bowiem czerwone kartki pokazane zostały już przy stanie 2-1 dla Młodych Lwów. To dlatego pod koniec meczu rozpierała mnie duma, bo na boisku zespół, któremu kibicuję, pokazał charakter, walkę i wolę zwycięstwa. W takich spotkaniach rodzi się wielkość zespołu i tej wielkości byli świadkami ci, którzy się do Libiąża za drużyną wybrali.
Być może słowa, które napiszę w ostatnim akapicie tego tekstu, nie wszystkim przypadną do gustu (choć do takiego obrotu sprawy zdążyłem się już w ostatnim czasie przyzwyczaić).
Dobra gra zespołu i bardzo realna szansa na awans to wypadkowa wielu czynników. Garbarnia ma szczęście, że w jednym miejscu i czasie spotkało się kilkunastu dobrych zawodników, od dłuższego czasu utrzymujących wysoką formę. Wypaliły przedsezonowe transfery, dziś bez niektórych piłkarzy, którzy zasilili szeregi Brązowych w ubiegłym roku trudno sobie Garbarnię wyobrazić. Ale też nie należy zapominać o tym, kto ten zespół od lat sukcesywnie buduje. Kto na przestrzeni tych lat odpowiada za ostateczny efekt w postaci wyniku (a przecież zarówno w tym, jak i w ubiegłym sezonie jest on imponujący). A jeśli popatrzymy na ubogą infrastrukturę sportową i organizacyjną Klubu – w porównaniu do Unii, Janiny czy Przeboju – wynik ten musi imponować jeszcze bardziej.
Tak sobie myślę, że warto pamiętać o tym wszystkim także w obliczu zwycięstwa…
Artur Bochenek



Wykop
Facebook
Blip
Flaker
Twitter
Śledzik
28-05-2011, 00:01
Panie Arturze – Szacunek dla ludzi z Pasją – Pan właśnie kimś takim jest … to rzadkość w tych zwariowanych czasach! Czekam na kolejne teksty!
28-05-2011, 01:16
zgadzam się z przedpiszcą – zajawka i pasja to rzecz święta ! również czekam na kolejne felietony.
30-05-2011, 00:01
Wielka drużyna – III liga – to chyba lekka przesada … ale fakt faktem Garbarnia to jeden z niewielu klubów grających tak nisko z tak ciekawą historią …
30-05-2011, 15:22
Ciekawy tekścik. Kibic z krwi i kości z tego Bochenka. Wogóle tak pooglądałem stronę Garbarni i widzę, że jest tam klimacik. Nie mniej jednak patrząc na całokształ ten klub chyba żyje historią…tak jak trochę autor … w każdym razie przyjemnie się czytało