Czy wciąż potrzebujemy Ligi Mistrzów?
Data publikacji: 14-09-2010 Autor: Karol MigoBrak komentarzy
Ślepo zapatrzona w magię nazwy UEFA usilnie stara się sprzedawać nam coraz więcej i więcej. Tylko czy jej złote dziecko pozostaje wciąż tak samo genialnym pomysłem jak dawniej? – pyta Tomasz Bartela
Już dzisiaj startuje Liga Mistrzów. Perła w koronie UEFA, najbogatsze, najbardziej prestiżowe rozgrywki piłkarskie świata o poziomie, o którym inne turnieje mogą tylko marzyć. Dla Europejskiej Federacji Piłkarskiej kura znosząca złote jajka, ziemia obiecana dla piłkarskich klubów na Starym Kontynencie, dla kibiców z całego świata spektakl definiujący, czym jest współczesna piłka nożna. Choć zjawisko, które znamy dziś pod nazwą „Liga Mistrzów” sięga korzeniami lat 50- tych ubiegłego stulecia, wydaje się, że nigdy nie było ono tak daleko od swojej skończonej postaci. Paradoksalnie właśnie na naszych oczach rozgrywki te przeżywają okres najbardziej burzliwego rozwoju. Od powstania Ligi Mistrzów (nominalnie w sezonie 1992/93, a faktycznie sezon wcześniej), zasady zmieniane były już kilka razy. Ślepo zapatrzona w magię nazwy UEFA usilnie stara się sprzedawać nam coraz więcej i więcej. Tylko czy jej złote dziecko pozostaje wciąż tak samo genialnym pomysłem jak dawniej?
Liga Mistrzów przestała być Ligą Mistrzów kilkanaście lat temu, gdy do rozgrywek dopuszczono zespoły z drugich, trzecich, a nawet czwartych miejsc najsilniejszych lig. Rozgrywki, którym przyświecała idea skonfrontowania ze sobą najlepszych drużyn poszczególnych krajów stopniowo stawały się klubem dla bogatych, do którego z roku na rok coraz trudniej się dostać (zeszłoroczna reforma Platiniego nieco polepszyła sytuację najsłabszych, ale tylko nieco). Faworyzowanie najsilniejszych klubów doprowadzi do potężnego rozwarstwienia poziomu futbolu na Starym Kontynencie. Piłkarskie potęgi windują ceny za prawa do pokazywania swoich meczów do niebotycznego poziomu konsekwentnie, finansowo i organizacyjnie uciekając tym słabszym. Europa dwóch prędkości w piłce nożnej staje się faktem i nie wydaje się, żeby coś mogło odwrócić ten proces. Z pewnością nie będzie to UEFA, która z Champions League czerpie krociowe zyski. W efekcie Europejska Federacja, zamiast promować i popularyzować piłkę nożną, stawia wszystko na jedną kartę tworząc na kontynencie piłkarską pustynię z jedną kwitnącą oazą. Czy uda się jej w pojedynkę utrzymywać zainteresowanie kibiców na stałym, wysokim poziomie?
Inny scenariusz wydaje się być na razie niemożliwy. Popyt na bilety na mecze i transmisje telewizyjne wydaje się być niezachwiany, ale prędzej czy później masa krytyczna zostanie przekroczona. Szlagierowy mecz jest szlagierowy tylko wtedy, gdy otoczony jest tymi mniej prestiżowymi. Czy pojedynki tych najlepszych nie spowszedniały nam za bardzo? Kilkanaście lat temu, gdy mecze Ligi Mistrzów odbywały się w gronie szesnastu mistrzów krajowych, a rozgrywki odbywały się nie częściej niż raz na dwa tygodnie, wymarzonym – jak go wtedy określano – finałem AC Milan – FC Barcelona, emocjonowała się cała Europa, a mecze takie traktowało się jak święto piłki nożnej. Dziś spotkania takie traktuje się niemalże ze wzruszeniem ramion. Rozpuszczony kibic europejskiej piłki powoli przestaje być wyznawcą futbolowej religii i przemienia się w konsumenta sportu na wzór kibiców w USA. Mistyczny kawałek niemal od zawsze obecny w kibicowaniu drużynom piłkarskim został nam bezpowrotnie odebrany. Czy Champions League daje nam w zamian coś innego, co może stanowić o jej wyjątkowości i sprawić, że w natłoku najróżniejszych wydarzeń sportowych wciąż tak samo chętnie zajmować będziemy miejsca na stadionach i przed telewizorami? Czy piłka nożna odarta ze swojej pozakomercyjnej wartości będzie w stanie przyciągnąć do siebie nowe pokolenia kibiców, skoro sama wyrzeka się swojego autentyzmu i wkrótce nie będzie go miała więcej niż mecz rozegrany na konsoli?
Trudno oprzeć się wrażeniu, że w tym całym przedsięwzięciu organizowanym pod mistrzowskim szyldem coraz mniej chodzi o piłkę nożną. Zachwyt i zainteresowanie gwiazdami europejskiego futbolu i kolejnym piłkarskimi klasykami przypomina nieco odruch Pawłowa. Mało kto bowiem zauważa, że poziomem sportowym Liga Mistrzów nie przewyższa wcale rozgrywanej równolegle, a znacznie mniej prestiżowej, Ligi Europy, a zaangażowaniem piłkarzy w grę i dramaturgią meczów nawet jej ustępuje. Śledząc rozgrywki Ligi Europy równolegle z Champions League łatwo dostrzec różnicę pomiędzy chęcią gry w piłkę, a chęcią zarabiania pieniędzy. Mniejsze premie za wyniki i mniejsze wpływy z transmisji sprawiają, że uczestnikom tych swoistych rozgrywek pocieszenia po prostu chce się grać, chce się tworzyć widowiska i chce się wygrywać. Nie mają w końcu nic do stracenia. Piękno futbolu nie tak łatwo uśmiercić. Pytanie tylko, czy kibice będą je chcieli zauważyć i docenić tam, gdzie po boiskach nie biegają Messi, Ibramhimović czy Cristiano Ronaldo?
Upadek Ligi Mistrzów oczywiście nigdy nie nastąpi. Rozgrywki te są niezmiennie interesującym spektaklem potrafiącym zapewnić emocje i wysoki poziom sportowy.
Ofiarą za ich funkcjonowanie jest jednak marginalizacja dużej części futbolowej Europy i pozbawienie piłki serca i prawdy. Czy to źle? Trudno rozstrzygnąć. A może słabi muszą upaść, a hymn Champions League nie wywołuje już dreszczyku emocji, bo się po prostu osłuchał?
Tomasz Bartela



Wykop
Facebook
Blip
Flaker
Twitter
Śledzik